Witam,
W końcu pisze po dłuższej nieobecności. Jak wielu wiadomo nieobecność ta była wywołana trzytygodniowym wyjazdem do Włoch.
Co mogę powiedzieć? Włochy = inne życie. Zupełnie. Wystarczy pobyć jeden dzień i od razu czuje się jakby to była jakaś inna równoległa rzeczywistość. Właśnie takie odniosłam wrażenie w ciągu tych tygodni, które tam spędziłam.
Piękno tego państwa jest zniewalające. Jestem wielką miłośniczką architektury starych miast, a więc tam byłam w raju. Cudowne uliczki, kawiarnie, budynki.... Wspaniale było tam chodzić i na to wszystko patrzeć.Co prawda wiele nie zwiedziłam i za dużo zdjęć budynków, ulic nie mam, ale zawsze coś się znajdzie.
Byłam w Baschi, Amelia, Perugia, Rzym, Orvieto, Terni <3 oraz jeszcze w dwóch miasteczkach których nazwy nie poznałam...
Również dwukrotnie byłam nad morzem oraz wybraliśmy się do Terni nad Cascata delle Marmore, czyli marmurowe wodospady. Piękne miejsce. Wspaniałe widoki, magiczne.
Wracając do morza - pogoda 30 + , czarny piasek dzięki któremu po wyjściu z wody wyglądało się jak błotny potwór, wielu ludzi ( w tym przystojnych facetów), dużo kolorów. Nie to samo co u nas.
Włoskie śniadania niekoniecznie przypadły mi do gustu, bo rogaliki croissanty, kawa czy pizza niekoniecznie są dla mnie wskazane. Obiady o godzinie 13 też dla mnie są zbyt wcześnie... Trzeba było się przystosować. Jedzenie różnorodne, chociaż była przewaga makronów z sosem pomidorowym oraz pizzy. Warzywa faszerowane mięsem też nie były złe. Chyba polubiłam cukinię, którą w domu miałam rzadko okazję spróbować.
Włoskie zabawy oraz tańce są dla mnie nadal czarną magią, piękna sprawa, ale nie należą do najłatwiejszych. Chociaż to pewnie dlatego, że moja koordynacja jest słaba. Mimo wszystko fajnie było popatrzeć i wypić drinka przy dobrej muzyce. Ap ropo muzyki - słuchanie boskiego Enrique Iglesiasa nigdy mi się nie znudzi <3
Oczywiście poznałam kilku wspaniałych ludzi, co ciekawe w tym mało rodowitych Włochów, a samych obcokrajowców. Nie ma to jak jechać do Włoch i najlepiej dogadać się z Rosjaninem. Namiastką Polski była moja koleżanka i jej rodzina, ale to właśnie obcokrajowcy byli dużo lepsi.
Języka włoskiego nie umiałam, jedynie co to posługiwałam się moim koślawym angielskim. Nie było tak źle, bo innym to nie przeszkadzało aż tak bardzo. Z resztą gesty i mimika nie raz wystarczyły, bo przecież słowa czasami są mało istotne.
Mimo, że te znajomości były tylko jednorazowe to wiem, że nigdy ich nie zapomnę.
A teraz mała fotorelacja, dodam kilka zdjęć tylko, bo mi się śpieszy... polskie sprawy, sami rozumiecie.
w drodze do... chyba Perugii.
plaża, czarny piach
morze
plaża
ja(z lewej, brunetka) i Angela na plaży
basen
Baschi